Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


podróży pasażer o niczem innem nie marzy, jak o lądzie stałym, a z chwilą gdy do tego upragnionego lądu dobije, z żalem wielkim żegna się z okrętem i żałuje zawsze, że to już koniec i kres morskiej wędrówki.
Rano jeszcze przed świtem wszyscy na nogach. Zdala widnieje latarnia morska. Stoimy przed zatoką. W nocy nigdy żaden okręt nie ma prawa wjazdu. Jak zwykle w tropikach, dzień nastaje w całej pełni w jednej chwili. Słońce jakby się śpieszyło, raptownie wyłania się z za horyzontu i jakby oślepić chciało świat cały swojemi piekącemi promieniami.
Wjeżdżamy do zatoki. Dwa okręty wojenne Wielkiej Brytanji strzałami armatniemi witają członka rodziny królewskiej i salutują flagami.
Na nasze spotkanie wyrusza z portu motorówka z flagą portugalską. To władze z gubernatorem na czele witają księcia. Ostatnie uściśnienia dłoni i książę opuszcza Carnarvona, żegnany hymnem angielskim.
Jesteśmy oddaleni od portu i przystani i niestety nie mogłem zbliska przyjrzeć się tej ciekawej osadzie, która niebawem w duży port o wielkiem znaczeniu handlowem zamieni się.
Tutaj po raz pierwszy „poczułem“ Afrykę. Silniejszy powiew od lądu przyniósł nam ten specyficzny zapach. W pierwszej chwili jest on tak silny, tak ostry, mimo oddalenia od lądu, że wierzyć się nie chce, iż to zapach ciała murzyńskiego. Lecz z chwilą, kiedy liczne łodzie przepełnione murzynami dopłynęły do naszego okrętu, zapach ten spotęgował się znacznie. W pierwszej chwili ten silny odór Czarnego Kontynentu uderza białego jak taranem. Słodko-kwaśny zapach jest nie