Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


II

Mijamy Capo Verde. Przez krótką chwilę patrząc przez szkła, dostrzegamy Afrykę. Lecz jasne żółte pasemko lądu wnet znika. Mimo to liczni pasażerowie jakoś poruszeni. Słowo „Afryka“ elektryzuje wszystkich.
Na drugi dzień niespodzianka. Szary nasz Carnarvon zamienia się na biały. Wszyscy oficerowie w białych mundurach, tak samo załoga i służba. Nad pokładem jasny baldachim, który ochrania nas od upałów, które na dobre zaczynają dokuczać. Wentylatory jak oszalałe starają się owiać trochę chłodniejszem powietrzem spoconego podróżnika. Jeszcze w kabinach upał jest znośny, bo niezależnie od przewietrzania wentylatorami każda kabina chłodzona jest zimnem powietrzem, które przechodzi przez chłodnie okrętowe, więc noce raczej przyjemne.
Wieczorem nasza duża sala jadalna też inaczej wygląda. Moc pasażerów wystąpiła w białych smokingach. Śliczne to ubranie; ma wielką zaletę, gdyż zniknęły na długi czas twarde, niewygodne gorsy i takież kołnierzyki. Po dwóch tygodniach dojeżdżamy do brzegów Angoli. Każdy z utęsknieniem oczekuje lądu. Lecz nowa decepcja. Nie wolno wysiadać. Jedynie książę wraz z swoją świtą opuści Carnarvona. Rozpacz. W tak długiej