Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie mój, krzyczy Mru. Nie dam go wam, o ludzie, gdyż bogowie mnie tylko pozostawili prawo i słodycz zemsty nad nim. Osunęły się oszczepy; tłum z zaciekawieniem patrzy na czarną dziewczynę.
A ona wyjmuje z ognia długi kij żarzący się na końcu i zbliża się do swej ofiary. Jeden syk i w miejscu oka widnieje krwawa, ciemna jama. Plemię wyje z rozkoszy. Długi kij znowu w ogniu. Oszalały Tembi na chwilę odzyskał swe siły. Ostatkiem sił chce wyrwać przeklęty hak. Jak oszalały rzuca się to w bok, to w powietrze. Lina dźwięczy złowrogo, lecz nie puszcza. Osada cofa się krok w krok. Tylko Mru z rozpalonym kijem czeka na sposobność ciosu. Zwinna jak wąż błyskawicznym ruchem zadaje cios. Ostatni. Ślepy, wyczerpany Tembi leży bez ruchu na piasku. Zwolna czarna dziewczyna odwiązuje linę. Zrozumiała osada straszną zemstę dziewczyny. Długiemi drągami spycha żyjące jeszcze ciało ku wodzie. Coraz dalej, coraz głębiej, Tembi znikł zwolna w otchłani cicho płynącej wielkiej rzeki.
A Mru, córka wodza, z wysuniętą jędrną piersią, z nozdrzami rozchylonemi długo jeszcze patrzyła na smętne fale wody, wiedząc, że jej wróg, wielki, potężny Tembi, długie dnie jeszcze w okrutnych męczarniach na dnie rzeki dogorywać będzie.