Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rano cała wieś już wiedziała o wielkiem zdarzeniu. Z dzikiemi okrzykami triumfu spogląda ku rzece, gdzie coraz rzadziej, coraz słabiej w mętnej głębinie rzuca się z bólu stary, wielki Tembi.
Dziesiątki silnych rąk ciągnie linę ku brzegowi. Cal po calu zawijają ją dokoła drzewa. Przez ten czas Mru rozpala ogień. Krzykiem zachęca osadę do pracy. Już tylko kilka sążni liny zostaje do wyciągnięcia. Lecz Tembi żyje. Nie tak łatwo sprzeda swe życie. Jeden wielki skok, i lina wyrwana z rąk czarnych osuwa się w głębinę Krzyk przerażenia! Nagle lina szarpnęła, wyprężyła się jak struna, ale nie puściła. Kilka godzin trwa już ta praca, kilka razy w ostatniej chwili silny Tembi niesamowitem szarpnięciem wyrywał czarnym z rąk przeklętą linę. Puszczały ręce, ale nie puszczała stal.
Tembi słabł coraz więcej. Czarna posoka płynęła mu z gardzieli. Ból coraz większy, coraz okropniejszy, palił mu wnętrzności.
A na brzegu przybywało rąk do ciągnięcia.Tembi czuł, że nadchodzi ostatnia jego godzina. Nie próbował obrony. Tego strasznego bólu nie mógł dłużej znieść.
A gdy tłum murzynów ujrzał wychylającą się tuż przy brzegu potworną głowę krokodyla, jeden okrzyk triumfu rozdarł powietrze.Jeszcze jeden wysiłek i potwór został wyciągnięty na piasek.
Bił jeszcze potężnie ogonem o wodę, ale czuł się bezsilny. Jeszcze w wodzie był potężny, ale tu na ziemi był bezbronny, a do tego taki zbolały i osłabiony.
Wznoszą się ciężkie oszczepy plemienia, gotowe do ciosów. Lecz Mru zwinna jak łania staje pomiędzy swoją ofiarą a szczepem. On mój, wyłącz-