Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się z poza rzeki, Mru była gotowa ze swą robotą. Koniec liny przymocowała do drzewa, sama, wolno rozwijając sploty liny, popłynęła ku wielkiemu baobabowi. Silny hak, owinięty w parujące jeszcze jelita, wrzuca do wody. Sama pośpiesznie wraca ku brzegowi.
Dwa dni, dwie noce, Mru, córka wodza, bez ruchu wpatrzona w cicho płynącą rzekę, siedzi przy drzewie, do którego uwiązana jest stalowa lina.
Stary Tembi dawno już zapomniał oczarnem mięsie. Był głodny, gdyż od kilku dni miał pecha. Dwa razy skoczył ku pojącej się antylopie, ale ta czy go zobaczyła, czy za wcześnie z wody się wynurzył, dość że ogromne paszcze w powietrzu się zamknęły. Nie powiodło mu się też z temi dziwnemi stworzeniami, co przed jego gniazdem mieszkają w małych śmiesznych domkach. Dziwne te stwory już nie wchodzą do wody, lecz czerpią naczyniami, przywiązanemi do długich tyczek.
To też, gdy po dwóch dniach bezskutecznego czatowania wracał zły i głodny do swego gniazda, zobaczywszy smaczny kąsek, bez namysłu pomknął ku niemu.
Połknięcie tej odrobiny mięsa było rzeczą jednej chwili. Nawet nie zadawał sobie trudu zgryzienia tego marnego kęska. Lecz nagle piekący ból szarpnął mu wnętrzności. Rzuca się Tembi jak oszalały na wszystkie strony. Spokojna dotąd fala Zambezu pieni się i kotłuje. Na nic wysiłki, na nic wściekła szarpanina. Silny żelazny hak chwycił i nie puści.
A na brzegu z wyciągniętemi ku niebiosom rękoma, naga czarna dziewczyna śpiewa pieśń wojenną swego plemienia.