Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chaty ojca. Tylko jej oczy nie straciły tego dziwnego błysku nienawiści i woli.
Jeden tylko stary wódz dowiedział się, gdzie przez kilka miesięcy, przebywała jego córka. Nikt oprócz niego nie zgadnął, że ciężko pracowała u białego Pana, mieszkającego w dole rzeki. Co przeszła, co zniosła, jak cierpiała, ona tylko wiedziała. Ale cel został osiągnięty. Na dnie dobrze ukrytej łodzi, zawinięte w matę leżały dziwne przyrządy. Więc naprzód duży żelazny hak w formie kotwicy, niezmiernie ostry i silny. Następnie długa, bardzo długa, silna linewka stalowa.
Mru nocami na dnie swej łodzi ciężko pracowała. Hak żelazny przymocywywała do stalowej liny. Palce jej krwawiły, zrobienie dobrego węzła z twardej liny przechodziło jej siły. Lecz w kilka dni hak był dobrze przymocowany.
Mru dzień cały spędziła w dżungli. Znała to życie pełne niebezpieczeństwa. Znała każdy przesmyk zwierza, wiedziała, gdzie płochliwa antylopa o brzasku przechodzi, by wracać do swego legowiska. Bez ruchu, gotowa do skoku, z assagajem w ręku, Mru pilnowała przesmyku. To też usłyszawszy w pobliżu szmer, silniej ścisnęła w ręku swą broń. Na kilka kroków od niej majestatycznie przesuwa się duża antylopa, a za nią w wesołych podskokach sunie młode koźlę. Świst oszczepu, bek trafionego zwierzęcia, tętent oddalającej się matki. Mru z dzikim błyskiem w oczach raz po raz wbija oszczep w ciało swej ofiary. Zręcznie rozpruwa brzuch, małe ręce po łokcie wnurzają się w buchającą krwią ranę. Mru wydziera wnętrzności, pakuje w matę i z okrzykiem triumfu, cała zakrwawiona, mknie ku łódce.
A gdy noc zapadła i ciekawy księżyc wysunął