Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wstaje wolno wielki wódz i cicho przemawia. „Mosi odszedł daleko, nie wróci już do Ciebie, o dziewczyno! Bogowie tak chcieli. Krwawy pan głębiny, silny Tembi, porwał twego człowieka, o biedna Mru, córko moja.“ Długo jeszcze mówił wódz do swej ukochanej córki, ale ona nic już nie słyszała. Nie krzyczała Mru, nie płakała, nie zawodziła wraz z kobietami, popiołem nie posypała swej głowy. Dziwnie szklanym i bezwładnym wzrokiem patrzyła w żar ogniska.
Nagle jakby się otrząsła, oczy jej dziwnym blaskiem zaświeciły, jasne, złe, wrogie. Pędem wybiegła z chaty i zniknęła w mrokach nocy.
Długo, długo echo idące po wodzie niosło hen daleko pieśni osady. Zrazu smętne, przechodziły z łkania w pieśń wojenną, w wielką, silną, pełną odwagi i strasznej zemsty melodję. Lecz powoli milknęły i słowa i pełna dziwnego uroku cisza zaległa w osadzie. Zdala tylko dolatywał histeryczny śmiech hieny i ciche szczekania szakala.
A biedna mała Mru, samotna w swej łodzi, jak cień płynęła w dół rzeki. Jedynie tylko czerwony księżyc i duży baobab widział, jak czarna dziewczyna, wyciągnąwszy ręce ku gwiazdom, przysięgała straszną, nieubłaganą zemstę.
Przez kilka tygodni osada nie wiedziała, gdzie przebywa Mru, córka wodza. Szukano jej w stepach, szukano w niedostępnych gąszczach. Nadaremno. Wszelki ślad za czarną dziewczyną zaginął.
W kilka miesięcy potem, gdy już wszyscy stracili nadzieję, raptem zjawiła się w rodzinnej wiosce.
Zmieniona była bardzo. Wychudła, zbrzydła, wyczerpana jakby po wielkiej chorobie, weszła do