Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


od promieni słońca piasku. W ciemną noc, wdal ku nieprzebytej dżungli echo niesie jej słowa o wielkiej, bezgranicznej miłości, o jej czarnym dzielnym chłopcu, który ją teraz pełen tęsknoty oczekuje.
Lecz nagle przerwała swój hymn miłosny. Dalekie krzyki i zawodzenia cichem echem płynęły po rzece. Wszak to z jej wioski krzyki te pochodzą.
Przeczuwa nieszczęście. Jednym skokiem jest na brzegu. Wydobywa krótki assagaj i lekka jak łania mknie przez zwartą dżunglę w stronę wsi.
Krzyki i przekleństwa coraz wyraźniej słyszy, biegnie zadyszana i wpada w sam środek rozkrzyczanego tłumu. Na jej widok wszyscy milkną, czarne postacie rozstępują się przed mknącą dziewczyną, a ona zdyszana wpada do największej chaty, stojącej w środku wsi, do chaty swego ojca, Ndu, wielkiego wodza i wojownika, przed którym drżały wszystkie szczepy od Zambezu aż pod Kongo.
Stary Ndu siedział na środku wielkiej izby przy ogniu. Liczne jego żony jakby zamarłe statuy siedząc w kucki, martwym wzrokiem patrzyły na zdyszaną dziewczynę.
„Gdzie Mosi, gdzie mój pan i władca“, — krzyknęła gniewnie Mru.
Muzyka świerszczy była jedyną odpowiedzią.
A zdala dochodziło tylko ciche zawodzenie plemienia.
Mru jeszcze nie chce wierzyć. Nie! To niemożliwe. Wszak dwa dni temu razem polowali w stepie i sidła zakładali. „On, taki silny, taki odważny, gdzie jest“, krzyczy Mru, „niech przyjdzie, niech mnie weźmie do swojej chaty, bym przy jego ognisku posiłek mogła mu przygotować.“