Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ne odgłosy i szumy z toni niezbadanej tajemniczym głosem zwiastują przebudzenie z dziennego letargu.
Cicho, groźnie płynie podobny do wielkiej kłody pan głębiny straszny w swej sile nieustraszony Krokodyl. Fale go unoszą, a on, syty po wczorajszej uczcie, drzemie na unoszącej wolno go fali.
Czuje swą moc, wielki i silny Tembi. Nie oprze mu się żaden zwierz dżungli, gdy go paszczą z suchym trzaskiem chwyci. Ot, wczoraj wylegiwał się w mule tuż przy brzegu. Nie był głodny, gdyż dnia poprzedniego zjadł sobie całą antylopę, nawet rogi znalazły się w jego żołądku. Trochę mu wprawdzie zawadzają, ale zna to uczucie, przejdzie niebawem. Aż tu raptem jakiś dziwny stwór, cały czarny, bezczelnie jakimś garnkiem wodę mu z pod nosa zabiera. Nie! Tego ścierpieć nie mógł. Jedno wyprężenie muskułów, mały skok, zgrzyt zdruzgotanych kości, wielki, silny, rozpaczliwy krzyk tej dziwnej ofiary, i tylko zafalowała zabarwiona woda Zambezu. Temhi spokojnie zaciągnął swą ofiarę do dobrze ukrytego gniazda w korzeniach wielkiego baobabu.
I tak przesiedział przy niej dni kilka, pilnując bacznie, by jego sąsiad, żarłoczny kuzyn, nie porwał mu smacznego czarnego mięsa. A że gniazdo pod starym baobabem rosło naprzeciwko dziwnych domków trzcinowych, pomiędzy któremi jeszcze dziwniejsze czarne istoty ciągle się kręciły, mógł stary Tembi dobrze widzieć i obserwować, co tam się działo. Nie mógł tylko Tembi zrozumieć, dlaczego w kilka chwil po wciągnięciu do wody czarnego stworzenia taki krzyk i chaos zapanował wśród tych dziwnych mieszkańców, którzy ani