Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


interesowanie się tym nieznanym dotąd dla mnie krajem, dużo mi o nim opowiadał. Te niezapomniane wieczorne rozmowy ze starym doktorem zaliczam do najmilszych i najciekawszych chwil tej długiej podróży. Godzinami wsłuchiwałem się w opowiadania tego ciekawego człowieka. Krzyż Południa jasno świecił nad nami, Atlantyk jak staw spokojny i jakby zdziwiony, że ktoś śmie przerywać mu w sennych marzeniach. Noc czarna dokoła, tylko za nami jasna gorejąca smuga świetlna. To małe żyjątka, porwane w wir turbiny, fosforycznym blaskiem znaczą przebytą przez okręt drogę.
I snują się barwne opowiadania starego doktora, przepełnione tą dziką poezją, pełną czaru i niezbadanych tajemnic niedostępnej dżungli. Wiją się w barwnym szeregu krwawe przygody, nieustraszone w męstwie czyny pierwszych białych kolonizatorów. I dużo, dużo mówił o tych czarnych, prymitywnych mieszkańcach tego tajemniczego kontynentu.
Pamiętam jedną z tych opowieści, którą słyszałem z ust mego przyjaciela. Sądzę, że kochany doktór nie weźmie mi za złe, że ją tutaj powtórzę, i że piękna czarna Mru gdzieś hen nad Zambezem nie dowie się nigdy, że jej czyny i ból krwawy biały podróżnik w tej książce opisał.

MRU, KRÓLOWA ZAMBEZU

Wielkie, czerwone słońce, jakby z wysiłkiem wyrzuciwszy ostatnie palące promienie, zapadło się gdzieś hen na horyzoncie. Lekkie opary otulają cicho płynącą rzekę, jakby zazdrośnie strzegąc budzącego się życia Zambezu. Niebawem dziw-