Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


muszę wyjechać. Jeszcze nadzieja, że motor nie zaskoczy, ale jak na złość, wszystko w porządku, motor warczy, namioty już zwinięte, czas ruszyć. Wchodzę jeszcze na step i nie wstyd mi, że przez łzy ten ulubiony krajobraz po raz ostatni żegnam. Bywajcie, lasy i stepy, któreście mi tyle rozkoszy dały, żegnajcie pełne wiecznej tajemnicy gąszcze nieprzebyte, żegnaj niebieskie niebo, które palisz niemiłosiernemi promieniami, za któremi wiecznie tęsknić będę.
Żegnajcie i wy mieszkańcy tego kraju, choć z bronią śmiercionośną ku wam szedłem, nie mniej jednak za towarzyszy przygód zawsze was miałem. Żegnaj, Afryko, Czarny Lądzie, piękny i wspaniały, całunem grozy i wiecznej tajemnicy okryty.
Cudowne, niezapomniane chwile, które w twem sercu przebyłem, będą drgały we mnie, budząc żywe echa ich piękności i czaru. Czy mi będzie kiedykolwiek danem przeżywać je choć raz jeszcze w życiu?
Tą nadzieją się krzepię i wraz z nią zamykam krótkie te wspomnienia z kraju cudów i prawdziwego piękna.

Koniec.