Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


konie. Niebawem z traw wyłazi trzęsący się murzyn z zaniepokojonym koniem. Biedak w tych trawach musiał uspakajać wyrywającego mu się ciągle konia. Podobno lew blisko niego przez pewien czas się kręcił. Z jaką radością siadłem znowu na konia, trudno to opowiedzieć. Zrozumie to chyba tylko ten, co w ciepłą, tropikalną noc po całodziennym marszu, kilka godzin z rzędu biegł kłusa. Patrzę na zegarek, pierwsza w nocy. Chyba już nie daleko musi być obóz. Od trzech godzin murzyni twierdzą, że Anguesi niedaleko, ale dla murzyna słowo „niedaleko“ to rzecz nader względna, która absolutnie nie może pogodzić się z wyobrażeniem przestrzeni białego człowieka.
Nagle na tle ciemnego horyzontu, jasna smuga wytryska ponad chmury, zamieniając się w deszcz kolorowych iskier. To Blake, zaniepokojony naszym losem, wypuścił rakietę, by nam wskazać kierunek do obozu. Daleko to jeszcze, ale częste rakiety, które widzimy, nieomylnie, po dwóch godzinach marszu zaprowadzają nas wreszcie do celu.W obozie wszyscy byli zaniepokojeni. Od trzeciej rano do czwartej w nocy, to jak na jeden dzień niezła marszruta. Nie mam sił do opowiadania, walę się na łóżko i zasypiam.
Niespokojną mam noc, sny złośliwe i uparczywe czas cały mnie prześladują. To bawół mię szarżuje, a ja strzelić nie mogę, to znowu w gęstwinie traw lew mnie porywa i wlecze za sobą. Budzę się co chwila, by znowu w gorączkowy, pełen niepokoju sen zapaść.

Rano o świcie ruch w obozie.
Jakby przez sen zdaję sobie sprawę, że nadszedł feralny dzień odjazdu. Wierzyć mi się nie chce, że