Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z Kusocińskim tego tempa by nie wytrzymali. Zaciskam zęby i staram się nie zgubić przewodnika.
Przechodzimy od godziny przez wysokie trawy, ostre jak brzytwy łodygi niemiłosiernie ze wszystkich stron kaleczą ciało. Wołam na murzynów, by stanęli, krzyczę, grożę, proszę, na nic. Tempo coraz większe i widocznie nieraźno się czują w tych trawach, bo często rozglądają się naokoło i nadsłuchują. Na pocieszenie widzę, że pewnie idą w wytkniętym z początku kierunku, może nie zabłądzą. Posuwamy się w tym ciemnym oceanie traw, jak ciche zjawy, gdy raptem dolatuje nas, i to z nie bardzo daleka, ciche, ale jakże potężne mruknięcie lwa. W jednej chwili murzyni stłoczyli się dookoła mnie jak barany. Shilling trzęsącemi rękoma podaje mi sztucer, inni zaczynają śpiewać. To nie był śpiew, ale jakieś przemożne wycia, piski, wrzaski, klaskania, wszystko — to łączyło się z najstraszniejszą kakofonją, w której strach był przewodnią melodją. Teraz już biegiem czarni lecą naprzód. Zrozumiałem ich pośpiech, gdyż za wszelką cenę chcieli wydostać się z tych przeklętych traw.
Żeby prawdę powiedzieć, to i mnie zależało, by jak najprędzej wydostać się z tej gęstwiny, w której na krok nic nie widać, a cóż dopiero w nocy. A przytem ten lew, który posuwa się równomiernie z naszą karawaną i od czasu do czasu cichem mruknięciem obecność nam swoją głosi. Murzyn z koniem daleko gdzieś w tyle pozostał, więc kłusem biegnę za przewodnikiem. Murzyni ciągle śpiewają, ja też — bo co mam innego robić. Bez tchu wypadamy na step, śpiewy powoli milkną. Ja mam już tego dość. Zapowiadam, że kto krokiem się ruszy, dostanie kulą w łeb. Czekam na