Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ks. Arthur jechał właśnie na uroczyste otwarcie tej nowej kolei. Po kilku zaledwie dniach okręt cały zamienia się w jedną dużą rodzinę. Wszyscy się znają. Tańce, liczne sporty, imprezy towarzyskie ułatwiają znacznie znajomości. Od dłuższego czasu obserwowałem bladego, schorowanego starszego pana, który nigdy nie brał udziału w tem specyficznem, wspólnem życiu okrętowem. Z siwą brodą, wiecznie spoczywający na górnym pokładzie z książką w ręku, od pierwszego wejrzenia zaciekawiał mnie ogromnie i był mi nader sympatyczny. Spoczywając raz obok niego w wygodonych pokładowych fotelach, zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że mój nowy znajomy to doktór, Francuz, wracający do Konga Belgijskiego po rocznym urlopie, spędzonym we Francji. Przeszło dwadzieścia lat przebył w kolonjach i to w krajach niezmiernie dzikich i nader niezdrowych. A mimo to cieszył się jak dziecko, że znowu tam wraca. Przeszedł wszystkie możliwe choroby Czarnego Lądu, tak niebezpieczne i często zabójcze dla białego. Sam przyznał, że już nie powinien do tego klimatu powracać. „Pewno już nigdy więcej mojej ojczyzny nie zobaczę“, dodaje mój nowy znajomy, „ale kto raz poznał to życie, ten dla tak zwanego „cywilizowanego świata“ jest już na dobre stracony. Nie jestem dzieckiem, ciągnie dalej mój towarzysz, a do tego jestem doktorem, wiem, że jeszcze jeden atak febry musi mnie dobić, mam już pełną emeryturę, spokojnie mógłbym z rodziną w słonecznej Francji zamieszkać, a mimo wszystko wracam tam do tego piekła o dziwnym, niesamowitym uroku, by swoje stare życie w pełni dżungli zakończyć. “
Poczciwy doktór, widząc tak wielkie moje za-