Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


śnie lew musiał mi wszystko popsuć. O dogonieniu ani mowy, teren coraz bardziej lesisty i gęsty.
Trudna rada, trzeba wracać. Nagle zdaję sobie sprawę, że jestem oddalony od obozu o dobre dziesięć godzin forsownego marszu. Jest już trzecia i dopiero teraz zaczynam odczuwać to szalone zmęczenie, tajone dotąd przez nerwy i pasję myśliwską. Żeby chociaż wzrok mój był uradowany widokiem rogów wspaniałego bawołu, dumnie przede mną niesionego przez murzynów. Jakże innym wydawałby mi się ten powrót. Ale trudno, ruszamy po małym odpoczynku w stronę obozu. Nie idziemy już staremi śladami, ale walimy prosto naprzełaj. Zdala spostrzegam stado elandów, było ich sześć sztuk, same krowy. Miga mi w trawach piękny roan i znika w gęstwinie. Niebawem niebo powleka się purpupurą, słońce szybko znika za horyzontem i anim się spostrzegł, jak ciemności ogarnęły naszą małą karawanę. Patrzę na zegarek. Jeszcze przynajmniej osiem godzin marszu, ślicznie!... Idę cały czas piechotą, bo aby skrócić sobie drogę, murzyni przedzierają się przez najgorsze gąszcze. Nigdy zrozumieć nie mogłem, w jaki sposób ostre kolce nie kaleczą ciała murzynów. Idą śmiało przez najgorsze ciernie i nigdy nie zauważyłem najmniejszego nawet zadraśnięcia. Ja już oddawna cały we krwi. W ciemności nie widzę zjadliwych gałęzi. Mam już twarz całą niemiłosiernie podrapaną. Próbuję tempo marszu powstrzymać. Mowy o tem niema. Wiem, że murzyni niechętnie spacerują po zachodzie słońca, wszechmożny „tau“ może znienacka z trawy wpaść i może być źle. Czem bliżej obozu, tem ryzyko mniejsze, słusznie myślą sobie moi murzyni. Ale co ja mam robić w tej kompanji, biedny biały człowiek. Nawet Nurmi