Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


które dziwne wyprawia brewerje. Wali bestja tak głośno, że mam wrażenie, iż musi wszystko wypłoszyć w promieniu najmniej stu kroków, Widzę z rozpaczą, że tropiciel, bez zbytnich ostrożności i zdecydowanie i głośno idzie dalej za tropem. Ja, jak mogę, staram się nadążyć, klnąc na ciernie, upał i, co gorsze, na bawoły, które znów się wyniosły. Shilling jest w rozpaczy, nie wiem, czy dlatego, że bawoły poszły, czy ze strachu przed Blake’iem, bo ten wyraźnie lanie zapowiedział w razie nieudania się wyprawy. W każdym razie widzę, po jego minie, że sprawa źle się przedstawia. Sam nic nie rozumiem. Podeszliśmy bawoły z dobrym wiatrem, szliśmy cicho, a jednak te mądre zwierzęta wymknęły się z pułapki. Chwila odpoczynku i lecimy dalej.
Tropy widać w błotnistym terenie doskonale. Shilling z rozpaczą pokazuje mi trop małego bawołu, który widocznie galopuje. Nic już nie pomoże, bawoły spłoszone uciekają. Tak samo tropy starych, wyraźnie wskazują szybkie ich tempo. Co to się mogło stać? Jest już druga po południu, a my jeszcze za tropem lecimy, a nuż jeszcze się zatrzymały. Nagle tropiciel zatrzymuje się jak wryty, słowo „tau“, wyszeptane z respektem, zmiata mnie z konia i jestem przy nim. Tuż obok śladu bawołów, w piasku wyraźnie znać trop dużego lwa.Teraz dopiero wszystko zrozumiałem. Nie nas bawoły się przestraszyły, lecz lwa, który nie wiadomo jak długo szedł i pewno jeszcze idzie za ich tropem. Tak, drugi myśliwy i to znacznie lepszy ode mnie, wybrał sobie prawo pierwszeństwa zapolowania na bawoła. Niema rady, odstępuję mu, niestety bez walki, pole. Ale złość mnie porywa.Ostatnia i jedyna okazja, by dostać bawołu, i wła-