Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z trudnością niewprawne oko ślady może odróżnić. Dzielny Shilling ani razu się nie zawahał. Bawoły często na miejscu się kręcą, przeważnie w lesie, tak jakby szukały dogodnego schronienia, potem znowu wychodzą na step i kilometrami w prostej linji kierują się do gęstych ciernistych kęp. Posuwamy się rekordowym marszem. Tropiciel zlany potem, z dziką zawziętością ciągle biegnie po śladach. Posuwamy się tem tempem już cztery godziny. Słońce wysokie na niebie pali nas niemiłosiernie. Jakoś bawoły nie mają ochoty orlpoczywać. Widzę, że i mój tropiciel zaczyna się niecierpliwić. Pokazuje mi na horyzoncie większy lasek i twierdzi, że tam dopadniemy bawoły. Po godzinnym marszu dochodzimy do tego lasku, niezmiernie gęstego i ciernistego. Schodzę z konia i ze strzelbą gotową do strzału wolno, prawie na czworakach przedzieram się przez tę gęstwinę. Bawoły muszą tu być. Mój nader czuły nos wietrzy silny zapach tych zwierząt. Ręce kurczowo zaciskają się na kolbie strzelby; lada chwila, czuję to doskonale, na kilka kroków spotkam się oko w oko z bawołem. Błyskawiczne myśli przelatują mi przez głowę, gdzie strzelać, jak w tym piekielnym gąszczu rozpoznać byka od krowy? Posuwam się na czworakach, kolce zjadliwe, dawno podarły na strzępy koszulę i spodnie. Pali niezgorzej i na dobre farbuję. Idę a właściwie czołgam się już pierwszy, starając się nie zgubić śladu. Bawoły muszą być tuż, tuż. Piekielnie ciężki 505 zawadza mi przy każdym kroku. Co chwila przystaję, wypatrując zwierza. Ciepła i dymiąca oznaka pobytu bawołów upewnia mnie raz jeszcze, że zwierz jest w pobliżu. Nagle tropiciel chwyta mnie za rękę i pilnie nadsłuchuje. Ja nic nie słyszę oprócz walącego serca,