Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w gęstwinę i śpią do czwartej, potem znów wychodzą na żer. Sprawdziły się słowa mego przyjaciela, który już w Katimie przypuszczał, że bawoły ukażą się w Anguesi kilka dni po moim wyjeździe. Były to widocznie pierwsze ich awangardy. Sprawdziwszy, czy murzyni mają wodę oraz prowianty, jeszcze pociemku wyruszam z obozu. Niebawem odnajdujemy wyraźne ślady bawołów, z których jeden jest wprost kolosalny. Nigdy nie sądziłem, że trop nawet największego bawołu może być tak ogromny. Co to za kolos musi być, obym go tylko doszedł. Jestem jednak przekonany, że stado dojdę na bliski dystans, a to w gęstwinie w czasie ich odpoczynku.
Tropy widać wyraźnie, więc szybko przy wschodzącem słońcu posuwamy się w step.
Pierwszy idzie tropiciel i niesie karabin. Ja za nim konno, trochę w tyle dwóch jeszcze murzynów z wodą i zapasami. Prowadzi mnie osobiście shikari Blake’a, sam pan Shiling. Nieznośna to bestja, niesympatyczna i do tego krnąbrna. Jedynie przed swoim panem ma respekt, innych traktuje jak poddanych, a do tego nieposłuszny i z rozkazów nic sobie nie robi. Ale tropiciel wspaniały. Przed wyjazdem z obozu mój towarzysz zapowiedział mu kategorycznie, że musi mnie do bawołów zaprowadzić i by nie ważył się wrócić do obozu, jeśli nie zobaczę tych wielkich, groźnych zwierząt. To też idziemy, a właściwie on biegnie kłusa wpatrzony w ślady, a ja co chwila zeskakuję z konia, by wraz z nim przedzierać się przez gęste, cierniste krzaki, przez które przeszły bawoły. Podziwiam, jak tropiciel bajecznie szybko i bez wahania mknie po śladach. Nie zawsze łatwo było tropy dojrzeć. Na suchym i twardym gruncie stepu