Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XII

Mój przyjaciel odprowadza mnie do Katimy, gdzie jego żona jeszcze przez miesiąc zostanie, on po moim wyjeździe znowu powraca do swej ukochanej dżungli. Mamy o świcie wyjechać, więc rychło idziemy do namiotu. Spać nie mogę. Wspomnienia przebytych kilku tygodni jak w kalejdoskopie przesuwają się po mojej głowie. Duszno w namiocie, więc wychodzę i długo, długo wsłuchuję się w głos puszczy, w ten cudowny koncert, tak dobrze mi znany. Jeszcze ciemno, gdy ktoś raptem budzi mnie gwałtownie. Zrywam się z pod siatki, przeczuwając, że coś ważnego musiało się zdarzyć. Blake napół ubrany, sam odurzony, każe mi natychmiast wstawać. Okazało się, że w nocy niedaleko obozu przeszły trzy bawoły. Olbrzymi samiec, krowa i ciele. Odkładamy odjazd nasz do jutra i mamy ruszać natychmiast za tropem. Koń stoi już osiodłany, najlepszy tropiciel ma mnie prowadzić. Blake wręcza mi swoją armatę 505, zaleca ostrożność., gdyż taka kochająca się rodzina i do tego z małem, jest szczególnie niebezpieczna. Radzi strzelać tylko wtenczas, gdy zupełnie będę pewny strzału i broń Boże, nie strzelić wpierw do krowy, bo byk napewno zaszarżuje.
Bawoły powinienem dojść koło 11-tej, zwykle rano zwierzęta te po nocnym marszu zaszywają się