Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


co sił starczy lecę w stronę lasu. Zakryty wysokim kopcem termitów ze strzelbą gotową do strzału wypatruję. Przez chwilę ukazał mi się wspaniały łeb dużego lwa, który wyjrzał z traw i natychmiast się cofnął. Nawet nie miałem czasu się złożyć. Długo tak czekałem, ale nadaremno, Cicho falujące trawy zakryły sobą królów zwierząt. Nadjeżdża Blake. Wsiadam na wóz i ruszamy w las; może się jednak jeszcze na nie natkniemy. Jak huragan przewalamy się przez najgorsze gąszcze. Drzewa jak zapałki lecą zdruzgotane po naszym przejeździe, ale lwy znikły. Trudno opisać, co się ze mną działo. Widzieć znowu cztery lwy i nie móc strzelać! Rozpacz jakieś dziwne fatum ze lwami mnie prześladuje. Same nieszczęśliwe okoliczności. Bo gdybym naprzykład był wyruszył jak zwykle konno lub piechotą, to napewno zdążyłbym zeskoczyć z konia i strzelić. Przecież lwy przez dobre sto metrów uciekały gołym stepem, nim się mogły skryć w trawach. Gdybyśmy przypadkiem byli zatrzymali samochód w chwili, kiedy pierwszy lew zaczął uciekać, mimo dalekiego strzału była możność trafienia. Teraz już wszystko przepadło. Dżungla jak na pożegnanie w ostatnim dniu ofiarowała mi najpiękniejszy widok, na jaki ją było stać: cztery lwy na gołym stepie. Obrazu tego nigdy w życiu nie zapomnę. Już po ciemku wracamy do obozu. Ze smutkiem patrzę na step, gdzie tyle cudnych chwil przeżyłem; żegnam się ze znajomem mi bagienkiem, żegnam akacje w pełni kwiecia, nawet wysoko kwilące sępy wydają mi się dobrymi znajomymi. Dreszcz mnie przechodzi, gdy myślę, że za kilka dni siedzieć już będę w wygodnym sleepingu i z chyżością 80 km na godzinę stale zbliżać się