Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Po kilku łykach zbawiennej „mezi“ doszedłem do zmysłów, ale byłem tak osłabiony, że ruszyć się nie mogłem. Poczciwi Buszmeni sklecili nosze i po całodziennym marszu donieśli mnie do obozu, gdzie moi towarzysze już mnie za nieżywego uważali. Znam dobrze ten kraj od szesnastu lat, ale nie udaję nigdy bohatera tem więcej, że znam wszystkie niebezpieczeństwa, czyhające na białego. Nie zapomnę nigdy, jak podczas jednej z moich wypraw w Kalahari natknąłem się na szkielet człowieka. Jedynie kilka nabojów i karabin wskazywały, że to był biały myśliwy, który tak jak ja kiedyś zagubił się w tym strasznym kraju.“
Słuchając tych przygód jeszcze bardziej jestem zasugestjonowany urokiem prawdziwego niebezpieczeństwa. Może dlatego właśnie Afryka, ten najniebezpieczniejszy kontynent świata, posiada taki czar i pociąga każdego, kto raz choć trochę wżył się w jej czar i niebezpieczeństwa.
Opowiadanie mego towarzysza przerywa nagle cichy ostrzegawczy okrzyk jadącego z nami murzyna. Na kilkaset metrów od nas spostrzegamy przez sekundę żółtą plamę, która jednym susem znika nam z oczu w wysokich trawach, rosnących nad brzegiem lasu. Całym pędem jedziemy w tę stronę, mając nadzieję jeszcze zobaczyć lwa. Ujechaliśmy może ze sto metrów, gdy z szuwarów małego bagienka w ogromnych lansadach wypada lwica, za nią młody lew i jeszcze jedna duża sztuka. Całe to towarzystwo przelatuje przed nami na kilkadziesiąt kroków i wpada w trawę. W największym pędzie zeskakuję z wozu, wywracam się do góry nogami, zrywam się jednak natychmiast i biegnę w stronę, gdzie lwy się skryły. Samochód szybko się oddala a ja zakryty małym pagórkiem