Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wyjątkowemu pozwoleniu, które otrzymałem od ówczesnego króla Barotseelandu — dużo wtedy musiałem przetrwać i przezwyciężyć. Murzyni z tej okolicy wręcz wrogo do mnie się odnosili i mimo nakazu króla na każdym kroku utrudniali mi możność posunięcia się trochę dalej w głąb kraju. Nie miałem jeszcze w owym czasie samochodu, który uniezależnia mnie dzisiaj zupełnie od murzynów, konno i z wołami pierwsze wyprawy musiałem odbywać. Gdym dotarł z Katimy do Anguesi, już tu zaczęły się pierwsze trudności. Wszyscy murzyni okoliczni jak jeden mąż oświadczyli, że dalej nikt nie może się zapuścić, a to z tego powodu, że na kilkaset mil niema żadnej wody. Wszelkie moje starania, by przekupić jakiegoś murzyna, by mi zdradził, gdzie znajduje się woda, spełzły na niczem. Byli tak uparci, że dorzedłem do przekonania, że ich król mimo danego pozwolenia tajnym rozkazem utrudnił mi zbadanie Barotseeland’u, w owym czasie mało jeszcze znanego.
Jednego dnia, postanowiłem zmusić ich, by mi wodę pokazali. Sam konno z kilkunastoma workami wody przytroczonemi do konia wyruszyłem w asyście kilkunastu murzynów w głąb kraju. Przed wyjazdem nic nikomu nie mówiłem, jaki jest cel mojej wyprawy. Jechałem tak przez cały dzień. Moja asysta zaczęła się niepokoić, dokąd ją tak daleko wiodę, a worki z wodą, wiszące przy moim koniu, nie zdradzały mego planu. Wieczorem rozkładamy prowizoryczny obóz. Po całodziennym marszu murzyni łakomie spoglądają na worki z wodą. Kategorycznie odpowiadam, że woda jest tylko wyłącznie dla mnie, a że oni mają sobie poszukać gdzie indziej. Jednak uparci byli