Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kierunkach przeszło pięć godzin. Przez ten czas naprawdę mogłem daleko zajść od obozu. Perspektywa spędzenia nocy w dżungli nie bardzo mi się uśmiecha. Moskity by mnie zjadły. Z bólem serca decyduję się na strzał w powietrze. Mam już karabin w ręku, gdy słyszę jakiś dziwny ryk; lew czy co? Po chwili znowu kwik i ryk. Honor mój uratowany. Poznaję ryczenie wołu, to tylko może być nasz obóz. I oto staje się rzecz niebywała, widzę teraz, w którym kierunku leży obóz, natychmiast wszystko najdokładniej poznaję, przecież o kilka kroków od miejsca, gdzie stoję, muszą być ślady samochodu, codziennie tędy przejeżdżamy, jadąc w step. Istotnie znajduję wyraźne ślady kół i po dziesięciu minutach. widzę nasz obóz. Blake trochę zły. „Tyle razy ci powtarzałem, że z chwilą wyjścia z obozu musisz się natychmiast zgubić“, reprymuje mnie ostro; — „dobrze wiedziałem, że łatwo drogi powrotnej nie znajdziesz. Postanowiłem cię też ukarać i tak do wieczora przetrzymać.“ Pokazuje mi już przygotowane rakiety, które miał zamiar po zachodzie słońca wypuścić. Przyznałem mu zupełną rację, że orjentacja w tym kraju dla białego jest zupełnie niemożliwa. Tak wszystko jest beznadziejnie jednostajne, takie podobne do siebie, takie równe co do wysokości i koloru, że tylko murzyn, urodzony w tej jednostajnej krainie, może się w tem wyznać.
Nie tracąc czasu, bo jest już około czwartej, wyruszamy po raz ostatni w step. Rozmawiamy o trudności orjentacji w tym kraju dla białego. Blake mi opowiada, że nieraz się sam zgubił i tylko przypadkiem odnalazł właściwą drogę. „Temu kilkanaście lat — opowiada mój towarzysz — gdy przyjechałem w tę stronę pierwszy raz dzięki