Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


strzelę kilka razy i z obozu mi odpowiedzą, ale to wstyd. Od czego zmysł myśliwego, z którego tak jesteśmy dumni. Zaczynam się namyślać, w szkołach uczono nas dużo mądrych rzeczy, których się nie docenia, n. p. praktyczne i prędkie poznanie wschodu i zachodu itd. Najlepszy i nieomylny system, jak nam zawsze dowodził profesor matematyki, to zegarek. Naturalnie przypominam to sobie, z dumą wyciągam ten przedmiot i... zapominam, gdzie się kieruje wskazówkę; najgorsze, że słońce jak na złość prostopadle nade mną, pali mi głowę. Na nic matematyka. Przypominam sobie, że w Europie zawsze można poznać stronę północną w lesie po mchach rosnących na drzewach; uradowany obchodzę kilka większych drzew i o zgrozo, konstatuję fakt, że słoneczko afrykańskie, według zasad sprawiedliwości, równo przypieka całą florę z wszystkich stron. Cóż mi pozostaje? Chyba instynkt. Co będzie, jeżeli tak się oddalę od obozu, że moich strzałów już tam nie usłyszą? Wszak mogę iść przez kilka godzin w zupełnie przeciwną stronę. Trochę mi się głupio robi, ale za wszelką cenę sam chcę trafić. Wybieram kierunek i zdecydowanie ruszam. Ale po pół godziny marszu teren wydaje mi się zupełnie nieznany. Zawracam i idę na lewo. Po godzinie zaczynam się naprawdę niepokoić. Jestem już trzy godziny poza obozem, który jest Bóg wie gdzie, słońce pali niemiłosiernie, pić mi się chce i do tego jestem zgubiony w dżungli. Wiem, że nic mi nie grozi, bo gdybym do nocy nie wrócił, to mój towarzysz puści kilka rakiet, by mi wskazać kierunek, ale do wieczora jeszcze daleko, a narazie jestem zły i zmęczony tem idjotycznem chodzeniem. Wim tylko tyle, że chodziłem w różnych