Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


które wyruszały specjalnie na kudu i po miesiącach wracały bez rezultatu.
Ciemno już zupełnie, gdy dochodzę do obozu. Z dumą pokazują czarny łeb; cały obóz uradowany. Pęka butelka szampana; choć ciepły, po tak ciężkim dniu, smakuje wybornie.
Gdyśmy wyjeżdżali z Katimy, Blake zażądał odemnie przyrzeczenia, bym nigdy sam bez przewodnika nie oddalał się za daleko od obozu.

Rano pakowanie, ruch w obozie, wszyscy murzyni zajęci zwijaniem obozu, więc nie pytając nikogo, biorę strzelbę i najspokojniej idę się przejść. Mam wrażenie, że w znanej mi Anguesi poznam każdy krzak i drzewo, to też często oglądając się poza sobą i uważając na kierunek słońca, śmiało zapuszczam się w step. Na piasku widzę ślady, i to świeże, dwóch lwów. Zapominam o przestrogach i może tylko z dziesięć minut idę za tropem, który niebawem ginie mi zupełnie w trawach. Teraz postanawiam wracać do obozu, choć mamy jeszcze kilka godzin czasu. Mam wrażenie, że orjentuję się doskonale, idę też zupełnie pewny i świadom kierunku. Naturalnie, poznaję wielkie drzewo, pod którem tyle razy przechodziłem, za niem małe bagienko, mijam drzewo, ale bagienka jakoś nie widać. Zaczyna mnie to złościć. Przypatruję się drzewu i konstatuję fakt, że jest bardzo podobne do tamtego, ale że to nie to samo. W jednej chwili tracę zupełnie orjentację, wiem tylko tyle, że jestem oddalony od obozu o przeszło godzinę drogi. Ale gdzie jest obóz, czy w prawo czy za sobą, może na lewo; żadnej już pewności nie mam. Zaczyna cała ta historja mnie bawić. Cóż do licha, sam muszę trafić. Wiem, że w najgorszym razie