Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Z konia lustruję wolno cały brzeg zarośli. Ciemno już prawie było, gdy spostrzegłem byka, stojącego jak posąg na samym skraju lasu. Oddalony odemnie na przeszło dwieście kroków. Rogi już ledwo widzę, ale sądząc po wzroście i widniejących dokładnie białych pręgach na grzbiecie, winien je mieć wyjątkowo dobre. Decyduję się na strzał z konia. Muszę się na strzemionach podnieść, by wyjrzeć ponad trawy. Po strzale nic już widzieć nie zdołałem. Miałem wrażenie, że nieźle musiałem strzelić, gdyż przez lunetę stosunkowo dobrze go widziałem. Ledwo mogę z konia zejść, takie mam emocje. Bo kudu to wielka rzecz. Posiadam ich dwa, a może mam i trzeciego. Nadzieja tamuje mi oddech w piersi. Niestety farby ani śladu. Jeden z murzynów, wdrapawszy się w chwili strzału na drzewo widział, jak po strzale byk wielkiemi susami nie zamarkowawszy kuli, znikł w lesie. Na dobitek znajduje kulę. Mam ochotę płakać, bo tym razem to był naprawdę pech. Kudu stał na samym skraju lasu, a że już ciemnawo było, nie spostrzegłem drzewa, które mu właśnie komorę zakrywało. W to drzewo trafiłem i to na dobitek w sam środek i na wysokości komory zwierzęcia. Kula, ku mojemu zdumieniu, przeszła na wylot drzewa choć twardego. Musiał biedak srodze się wystraszyć, gdy poczuł uderzenie kuli, ale ta pewno już nawet skóry mu nie zdołała przebić. Pocieszam się jedynie myślą, że strzał dany w tak trudnych warunkach był bardzo dobry i gdyby nie to drzewo, za którem stał kudu, to napewnoby w ogniu zrulował. Powrócić do obozu z kudu i sable, z temi najrzadszemi antylopami, to gratka nielada i wielki dla myśliwego sukces. Nieraz słyszałem o całych wyprawach,