Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie łagodną, przed którą chyba tylko tchórz wielki może mieć respekt. Ale to niewinne zwierzę było właśnie to dziesiąte czy setne.

Staję długą chwilę nad leżącą antylopą i podziwiam to rzadkie zwierzę. Zupełnie odrębny typ, różniący się wielce od innych, które widziałem lub zabiłem. Trochę mniejsza w ciele, niż kudu, w każdym razie znacznie krótsza, ale co do wysokości prawie równa. Cały grzbiet zupełnie czarny, jedynie podbrzusze zupełnie białe. Włos niezmiernie długi i lśniący jak najpiękniejsze futro, podobne może do futra małp, które tak swego czasu były w modzie. Rogi karbowane, w tył zawinięte, dochodzą nieraz do przeszło metra długości, wcale grube. Mimo, że moja antylopa wspaniale za życia w trawach wyglądała, to jednak, oglądając ją z bliska, miałem decepcję co do rogów. Długości równy metr, ale róg stosunkowo cienki. Nieraz widziałem na wystawach rogi tej antylopy i porównując, musiałem niestety zaliczyć je do średnich. W każdym razie wyjeżdżam, mając kompletną kolekcję wielkich antylop. — I to coś warte.

Odcinam rogi, wracam do obozu. Słońce za kilka minut schowa się za horyzontem. Wielka czerwona, oczu już nie rażąca kula majestatycznie znika poza drzewami i świat cały, dżungla i stepy jak w ogniu. Zmienia jednak za chwilę swoją szatę, by przejść w silny fiolet o tysiącznych odcieniach.
W tem też oświetleniu z ponad traw spostrzegam na skraju lasu jakąś sztukę. Przez szkło rozpoznaję łanię kudu. Byk gdzieś musi być pobliżu.