Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


błaha, w tym klimacie zaraz się jątrzy i zakaża. Mówiąc o niebezpieczeństwie polowania, nie mam na myśli ani bawołów, ani słonia, nie wspominam o zwierzętach drapieżnych i wężach. Podnoszę tylko niebezpieczeństwo ze strony zwykłych antylop. Tyle razy w kraju i nawet u mniej wytrawnych ludzi w Afryce słyszałem, że właściwie tylko wyżej wymienione wielkie lub drapieżne zwierzęta są dla człowieka niebezpieczne. Niejeden opowiadał lub opisywał swoje przeżycia w dżungli, wyśmiewając wprost każdego, ktoby śmiał twierdzić i mu nie zaprzeczyć, że antylopa ranna może być groźnym przeciwnikiem człowieka. Zabiłem, opowiada, tyle i tyle sztuk, nawet ranny lew odemnie uciekał. Nie przeczę, nawet dziesięć rannych lwów i słoni może przed człowiekiem uciekać, ale zostaje właśnie ten jedenasty, który, gorzej strzelony, może rzucić się na myśliwego. Procent ludzi naprawdę dobrze strzelających jest bardzo mały, a tu chodzi nieraz o setną część sekundy. Od tej sekundy zależy życie lub śmierć. Będąc przez prawie dwa lata w Afryce, tyle się naczytałem i nasłuchałem o tak niebywałych wypadkach, że trudnoby mi było je opisać — a nie dziwiłbym się, gdyby w nie nie uwierzono.
Warto n. p. przeglądać kronikę wielkiego dziennika Południowej Afryki „Cape Times“. Niema dnia, by nie można było znaleźć opisu wstrząsających tragedyj w dżungli i to nie nowicjuszów, ale wybitnych myśliwych afrykańskich, którzy całe życie spędzili w puszczy i setki niebezpiecznych zwierząt mają na sumieniu. Jednemu sztucer się zaciął, drugi się poślizgnął, tamten w krytycznej chwili stracił nerwy. I najczęściej zdarza się to przy zwierzynie, uważanej za zupeł-