Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


do góry i pilnie nas już wietrzy. Momentalnie strzelam i wszystko znika mi z oczu. Biegnę na miejsce strzału, z pod nóg wyrywa mi się olbrzymie czarne cielsko i ciężkim wolnym galopem ucieka. Strzelam jeszcze dwa razy, widzę, że obydwie kule siedzą, mimo to sable znika mi niebawem z oczu. Idę wolno po śladach. Farhy dużo i dobrej, tam, gdzie powtórnie strzeliłem, antylopa widocznie się położyła. Nie mogłem tego wszystkiego dokładnie widzieć, gdyż wysokie trawy ciągle mi ją zasłaniały i tylko w skoku od czasu do czasu mogłem ją zobaczyć. Radość też nie do opisania, gdy na brzegu lasu spostrzegłem ciemną plamę, leżącą bez ruchu. Gdym nadszedł, antylopa już nie żyła. Pierwszą kulę miała dobrą, trochę nisko, obydwie następne symetrycznie siedziały w obydwóch szynkach.
Nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób biedne to zwierzę z trzema kulami mogło jeszcze tak daleko zajść. Piękny stary byk z grubemi rogami leży u moich stóp. Trzeba być naprawdę myśliwym, by odczuć to wielkie zadowolenie, jakie opanowuje człowieka, gdy staje przed rzadką i piękną zwierzyną, która po tylu trudach i emocjach legła nareszcie od jego strzału. Nie chodzi tu w rachubę sam strzał i śmierć danej zwierzyny, która jest dla prawdziwego myśliwego tym może jedynym dysonansem w jego życiu myśliwskiem. Inne poważniejsze czynniki odgrywają tu rolę.
Przedewszystkiem nagroda za ten niebywały trud, zmęczenie i niebezpieczeństwo, które czyha na myśliwego na każdym niemal kroku, przezwyciężenie tak klimatu, niewygód wszelkiego rodzaju, nawet przy najlepiej zorganizowanej wyprawie na Czarnym Lądzie, wytrzymałość na gorąco, pra-