Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XI

Oto moje ostatnie trzy dni w tym kraju!
Tak do tego cudownego życia się przyzwyczaiłem, tak nie wyobrażałem sobie możności powrócenia do cywilizacji, tak obce i dalekie to wszystko mi się wydaje, jakbym nigdy innem życiem nie żył, jak tem w środku dżungli, pośród murzynów i dzikich zwierząt, ale trudno. Z rzeczywistością, tą największą przeciwniczką wszystkiego, co miłe i dobre, pogodzić się trzeba. Wyzyskuję też każdą wolną chwilę, by niczego z ostatnich dni nie utracić. Od rana jestem poza obozem. Brak mi do kolekcji wielkich antylop tylko sable. To też dzień cały jestem w gąszczu i wypatruję je.
Dwa dni przed ostatecznem opuszczeniem Anguesi o wschodzie słońca jak zwykle jadę do lasu. Tropów dużo, ale niczego ciekawego do południa nie widzę. Postanawiam jeszcze badać jeden dalszy teren, konno wyruszamy w tę stronę. Jedziemy właśnie przez wysokie trawy, które nieraz ponad moją głowę wystają, gdy nagle przewodnik pada na ziemię. W jednej chwili jestem przy nim i na odległość kilkudziesięciu kroków w małej szczelinie pomiędzy wysokiemi trawami spostrzegam ciemną plamę. Ku mojej radości poznaję antylopę „szablową“ która, zaniepokojona naszym ruchem, frontem do nas stoi ze łbem wzniesionym