Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


praw jest kierowane. Tem życiem, którego człowiek nie zepsuł, nie skalał swą cywilizacją i pomysłem. Żyjąc tak przez dwa miesiące, miałem ciągle wrażenie, że człowiek staje się lepszy, gdy zbliska i dokładnie patrzy na pierwotne wielkie dzieło Stwórcy.
Dziwny i niesamowity to kraj. Mówi się, że ktokolwiek poznał prawdziwą Afrykę, ten musi do niej wrócić. Nie jest to frazes, lecz rzeczywistość. Ta choroba Afryki znana jest nawet w medycynie. Opowiadali mi o niej wiele tamtejsi lekarze. Urzędnicy, którzy po trzyletnim pobycie otrzymują urlop i jadą do Anglji, zwykle wracają przed terminem. A trzeba widzieć tych ludzi! Wszyscy bez wyjątku z malarją, często z febrą i innemi strasznemi tropikalnemi chorobami. Ci sami wolą trud, niewygodę i cierpienia, niż życie wśród cywilizacji i swoich. Niezbędnem się już dla nich stało to straszne, nielitościwe tropikalne słońce, które bez litości wysysa z nich krew i siły. Muszą mieć olbrzymie, wolne przestrzenie, pełne zgrozy i tajemniczości. Do życia potrzebny im jest ten specyficzny zapach Afryki, a przedewszystkiem uczucie bezgranicznej wolności. Dzielni to przytem ludzie. Potęga ich polega na tem, że umysł ich nie jest skrępowany tysiącznemi błahostkami cywilizacji. Pozostawieni sami sobie i pracy, do której ich powołano, czują się panami w calem tego słowa znaczeniu. Odcięci od świata przez dwa lata, sami wszystko umieją zrobić, wszystkiego dokonać. Ile urzędów piastować musi przeciętny urzędnik w tym kraju, trudno wymienić. Jest ktoś np. najwyższym sędzią a trzeba most budować, wię robi plany i sam buduje; trzeba ukarać buntowniczą wieś, przemienia się w żołnierza i wodza