Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i bzyk miljonów insektów do stłumionego gwaru publiczności, dziwne głosy nocnych ptaków do strojenia instrumentów, kastanietowate zaś, przerywane odgłosy żab do dialogu na scenie. Ruch, szmer, wrzask i pisk wzmacniają się stale, by przejść stopniowo w jeden wielki triumfalny chór, który milknie raptem, gdy główny bohater wchodzi na scenę.
Zaczyna jakby od niechcenia: jeszcze nie przemówił, ale głosy już się uciszają, on raczy stęknąć, cisza, wszystko milknie, by słyszeć, co powie, co rozkaże On, ten wielki i wspaniały! Nareszcie przemówił. Tylko ona, smukła, piękna, lubieżnym ruchem o niego się ociera i wsłuchana w czarowną pieśń tytana, marzy o wielkiej i silnej pieszczocie. On dla niej tylko jakby chciał okazać swą miłość, wznosi grzywiasty łeb ku gwiazdom i śle w świat całą opowieść o swem kochaniu. Ona tylko go rozumie, ona tylko odczuwa czar tej miłosnej pieśni, jedyna, która nie drży, nie ucieka, dumna ze swej roli kochanki przy boku króla stepów i lasów. Czarowne, cudowne noce, które silniejsze wywierają wrażenie niż najpiękniejsza muzyka, najsilniejsze ludzkie słowa. Mimo wielkiego zmęczenia, kiedy natura cała żądna snu i odpoczynku, człowiek broni się do ostatka, by jak najdłużej korzystać z pieśni dżungli i nic nie stracić z tej prze potężnej symfonji.
Jakby na moje pożegnanie, dżungla dzisiaj daje silniejszy niż zwykle koncert. Ogarnia mię smutek, że za kilka dni wyjechać muszę. Czy kiedykolwiek w mem życiu tu powrócę, czy jeszcze będę kiedyś mógł oglądać te cuda, przeżywać te emocje, żyć tem życiem wielkiem i prawdziwem, co od Boga pochodzi i według Jego wielkich i potężnych