Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zabił dwie krowy i pozostawił je dla lwów. Mamy więc cztery przynęty, poumieszczane w różnych miejscach; do jednej z nich chyba jakiś lew się zbliży. Wzdycham do św. Huberta, obiecując mu wołu. Przecież taki łaskaw był dla mnie podczas całej wyprawy, dlaczego więc nie miałby mi wtem spotkaniu dopomóc.

Wieczorem naturalnie opowiadamy sobie o wężach i najwięcej o mambach; straszny to wróg człowieka. Jego wrodzona zaciekłość i złość, straszny, piorunujący jad, wielka odwaga, wszystkie te cechy robią go najniebezpieczniejszym przeciw nikiem człowieka w afrykańskiej dżungli. Żałuję, że nie widziałem nigdy tego czarnego potwora i że choć jednego egzemplarza nie mogłem przywieźć do kraju. Jest on dość rzadki i stosunkowo tak mało znany i opisany, że każde muzeum przyrodnicze, mające taki egzemplarz w swoich zbiorach. I może się nim szczycić. Wyznaczyłem dużą premję temu, kto mi zabitą mambę do obozu przyniesie, ale na samo brzmienie tego słowa murzyni z koloru czarnego przemieniali się w szary.
Siedząc wieczorem przy ogniu, bo noce na tej wyżynie mocno są zimnawe, wsłuchujemy się w cudowny koncert lwów. Pięć sztuk ryczy równocześnie, tak jakby pokazać chciały, że są, że zawsze będą i że prym dzierżą w tej krainie. Kto nie zaznał czaru afrykańskich nocy, ten przedstawić sobie nie może, co to za urok, jaka potęga w każdym odgłosie, który w ciemnej, niezbadanej dżungli rozbrzmiewa tajemniczem echem. Mam wrażenie, że jestem w dużym teatrze, gdzie tysiące głosów zlewa się w jeden wielki rytm, tworząc całość silną i piękną. Możnaby porównać ciągły szum