Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kał, wiedząc, że najpewniejszą jego obroną przed białym człowiekiem jest zasłona traw. Jedyna więc nadzieja, że lew w tych dniach przyjdzie do mego wildbest’u i w nim zasmakuje, co spowoduje pewne przyjście jego na drugą noc. Mój towarzysz jeszcze sam wyjeżdża w step, by jakąś antylopę zabić na drugą przynętę. Ja zmęczony pozostaję w obozie i zajmuję się czyszczeniem zdobycznych rogów. Nie mogę dość nacieszyć się temi skarbami. Smaruję je oliwą od samochodu. Obrzydliwie wyglądają w tej mazi, ale to konieczne w tym klimacie. Inaczej mrówki i inne owady zarazby róg stoczyły.
O ciemku wraca Blake. Zabił dużego elanda, pakując mu na duży dystans trzy kule, mimo to zwierz uszedł prawie dwa kilometry. Z trudem go już nieżyjącego odnalazł. Z chwilą, kiedy zbliżał się do leżącego elanda i nachylał się, by obejrzeć rogi, mała mamba zaatakowała go. Uratowała go jednak jak zwykle wielka przytomność umysłu i momentalne zorjentowanie się. Trzcinką bambusową na kilka centymetrów od swojej nogi, przetrącił jej krzyż. „Byłem w podłem położeniu“ — opowiada mój towarzysz — nie miałem czasu odskoczyć, mamba wyprężona jak struna, gotowała się do skoku. Sekunda a byłbym ugryziony. Szczęśliwym trafem dobrze trafiłem od pierwszego uderzenia, inaczej pewno nie powróciłbym już nigdy do obozu.“ Murzyni w jednej chwili mambę rozdarli na kawałki. Blake chciał ją przynieść do obozu, ale nie było nawet co zbierać. Nienawiść murzynów do tego jadowitego węża jest tak wielka, że zawsze, o ile uda im się tego gada ubezwladnić, to assagajami masakrują go na drobne kawałki. Wracając spotkał dwa stada wildebest’ów,