Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niego. Cieńkie gałęzie napewno nie wytrzymałyby wagi lwa; trochę zimno mi się robi, gdy o tej ewentualności myślę.
Zaczynam już tracić cierpliwość. Tyle lwów w tej okolicy, cały dzień jestem w lesie lub w stepie, a do lwa zmierzyć się nie mogę. W każdym razie z powodu tych zwierząt więcej może przeszedłem emocyj i ciekawych zdarzeń, niż wielu myśliwych, którzy nawet po kilka lwów mają na swojem sumieniu. Strzał i zabicie jednak lwa ma tak fenomenalny urok, tak sugestywnie działa na wszystkich, że każdy myśliwy, wyjeżdżający na polowanie do Afryki w pierwszym rzędzie o lwie myśli; lew jest jego przewodnią myślą i celem. To samo zauważyłem po powrocie do cywilizacji. Nie było człowieka, któryby przy pierwszem słowie nie pytał mię: „A zabił pan lwa?“ Przecież i słoń i nosorożec, bawół niemniej trudne są do dostania i niemniej a może bardziej są niebezpieczne od lwa. Ale zawsze ten król zwierząt jest na pierwszym planie i zostanie zawsze najpiękniejszą zdobyczą i trofeum myśliwskiem.
W naszej okolicy, sądząc po tropie i nocnym ryku, stale trzyma się około ośmiu sztuk. Jestem przekonany, że gdybym swoją wyprawę myśliwską odbył tak jak było w pierwotnym moim planie, czyli o dwa miesiące później, już po spaleniu traw, niejeden raz miałbym okazję spotkania się z jego królewską mością; ale teraz, przy tych ogromnych trawach możność i okazja strzału jest bardzo problematyczna. Trudno wymagać, by lew właśnie w dzień spacerował po części stepu, gdzie mała trawa. Ile to razy napewno przechodziłem, przedzierając się przez te olbrzymie trawy, tuż obok lwa. On mnie napewno widział lub czuł i nie ucie-