Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tochwilnych podskoków, wszystko to wskazuje, że zwierz nie jest normalny i jakby zwarjowany. Najciekawsze, że dotąd niewidziane przeze mnie wildebesty, zawsze uciekały i podejść było je trudno. A ten warjat jakby szukał naszego towarzystwa i wcale nie ma zamiaru oddalić się od samochodu. Wspaniały był to widok, jak ten wielki zwierz harcował dokoła nas. Długo patrzyliśmy na to dziwne zachowanie. Żałowałem, że nie miałem z sobą aparatu fotograficznego; zdjęcia bowiem tej antylopy, na gładkim stepie, a do tego w tak dziwnych pozach, mogłyby być unikatem swego rodzaju. Blake namawia mię do strzału.Tak bardzo byłem temu zwierzęciu wdzięczny za zabawienie nas, że tylko z powodu tego, iż potrzebowaliśmy przynętę na lwa, zdecydowałem się na łatwy strzał. Był to mój ostatni wildbest, ale zato najpiękniejszy: Rogi grube, zupełnie czarne i wyjątkowo długie. Zupełnie miało się wrażenie, że to młody bawoł a nie antylopa. Miejsce, gdzie zwierz padł, nie nadawało się na pozostawienie przynęty, więc murzyni wypatroszywszy go, przywiązali za rogi do samochodu. Odjeżdżamy z wlokącą i krwawiącą się antylopą po stepie i wieziemy ją dobre kilka kilometrów od miejsca strzału w po bliże naszego obozu, na — brzeg polanki. Tam przywiązano go do drzewa, by lwy nie mogły zwierza odciągnąć w dżungle. Na kilkanaście kroków murzyni wykopali wąski, głęboki dół i przykryli go gałęziami, pozostawiając mały otwór dla możności strzału i lekko przysypali ziemią. W tym dole będziemy siedzieli, o ile lwy ruszą przynętę. Wyobrażam sobie naszą sytuację, gdyby naprzykład zamiast od przodu, przyszedł najspokojniej od tyłu, nie zauważył wilczego dołu i wpadł do