Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Niezwykły jest ten instynkt u zwierząt, który uprzedza ich przed niebezpieczeństwem. Ciekawy jestem, jak minie dzisiejsza noc. Stawiamy samochód od strony dżungli, by w razie zbliżenia się lwów móc zapalić światło reflektorów i ewentualnie przy niem strzelać. Noc jednak minęła zupełnie spokojnie. Jeden lew ryczał daleko bez przerwy przez dobre dwie godziny, ale żaden nie przybliżył się do obozu. Widocznie wiedziały już o naszym przyjeździe. Może jakieś ciekawsze i odważniejsze przybliżały się, ale nasza karawana była jeszcze poza nami i nie miał nam kto o bliskości nocnych gości donieść.
W nocy nadjeżdżają nasze tabory, konie, krowy i osły oraz reszta murzynów. Krzyki i wrzaski do rana takie, że o spaniu mowy niema. Więc o wczesnym świcie wyjeżdżamy samochodem w step, by coś zabić na przynętę dla lwów.
Koło południa daleko na stepie widzę starego byka wildebest’a. Zaczynamy go wolno podjeżdżać. Byk zamiast uciekać, bacznie nam się przygląda i sam do nas się zbliża. Czekamy i obserwujemy, co dalej będzie. Wildebest na kilkadziesiąt kroków od nas zaczyna wyprawiać dziwaczne harce. Lata w kółko jak w cyrku i nagle z ogonem podniesionym do góry a łbem przy ziemi wali prosto na nasz wóz. Na kilkanaście kroków staje jak wryty, oblatuje nas dokoła, wierzga i podskakuje. Trzymam go ciągle na muszce, bo mam wrażenie, że lada chwila nas zaszarżuje. My, przytuleni do wozu, bez ruchu, z zapartym oddechem obserwujemy to dziwne zachowanie się zwierza. Zdaje mi się, że to, co wildbest wyprawia, nie jest złością. Te nieskoordynowane ruchy, dziwne zmiany humoru, przechodzące z największego rozjuszenia do kro-