Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Prowadzi nas do naszej składnicy i z triumfem pokazuje nam w stanie mocno zasuszonym niezbity dowód wizyty lwa. Długo na ten temat rozmawialiśmy. Blake, który dobrze zna zwyczaje i psychologję tych zwierząt, twierdzi, że to napewno ten sam lew, którego ścigaliśmy nocą samochodem. Za doznany strach, połączony z ujmą królewskiej dumy i godności, wiedząc, że biali wyjechali, w ten sposób chciał okazać swoją odwagę, że wszedł do zagrody. Ten sam lew prawie co noc przechodził przez nasz obóz, nigdy dłużej się nie zatrzymywał, ale to wystarczyło, by biedny „Police Man“ mdlał ze strachu w swojem wysokiem gnieździe.
Również i inne lwy podchodziły pod sam obóz i długim koncertem uprzyjemniały chwile samotnemu murzynowi. Biedak przyznaje się, że tak panicznie bał się tych zwierząt, których obecność i bliskość odczuwał nawet przez dzień, że większą część dnia przebywał na drzewie i tylko schodził, by podtrzymywać ogień. Nawet nie marzył o tem, by dojść do pobliskiej wioski. Teraz rozumiemy u niego wybuch radości z okazji naszego przyjazdu.
Słysząc o tych nocnych wizytach i ciągłych koncertach, zaczynam nabierać otuchy, że jeszcze w ciągu tych paru dni, które tu zostanę, będę miał możność upragnionego spotkania. Blake opowiada mi wieczorem, że już kilkakrotnie przekonał się, że obóz, opuszczony przez białego, często odwiedzany jest przez dzikie zwierzęta i wzbudza w nich wielkie zaciekawienie. Sądzi, że nietylko lwy, ale i inne zwierzęta dokładnie wiedziały o naszym wyjeździe i teraz tak samo, czy w stepie czy w dżungli wiadomo, że biały znowu przyjechał.