Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


X

Drogę do starej Anguesi odbywamy w szybkiem tempie. Dzięki wyraźnym dawnym śladom kół, które cały czas widzimy, nie błądzimy ani razu i bez wielkich przygód o szóstej dojeżdżamy do starego obozowiska.
Wita nas uradowany stary „Police Man“. Wyprawia rodzaj tańca ze śpiewami na naszą cześć.W pieśni swej wyraża radość, że dzielni biali mężowie cało wrócili z niebezpiecznej wyprawy, okryci chwałą, a co najważniejsze syci. Ma dużo ciekawych rzeczy do opowiadania. Pokazuje nam zgrabnie zrobiony szałas na znacznej wysokości wśród konarów największego drzewa. Nie mógł spać na dole, bo lwy zaraz po naszym odjeździe dobierały się do obozu. W drugą noc ogromny, czarnogrzywy lew najspokojniej wszedł do obozu i wszystko dokumentalnie oglądał i obwąchiwał. Nasz dzielny stróż z wysokości drzewa krzykiem chciał gościa wypłoszyć. Podobno lew nawet się nie obejrzał, tylko najsk rupulatniej dalej badał szałasy. Wlazł też do największego, gdzieśmy pozostawili konserwy, benzynę i jarzyny. Tam najdłużej zabawił a gdy wyszedł, ryknął przeciągle i wolno odszedł w step. Wizyta tego pana skłoniła „Police Man’a“ do zrobienia sobie szałasu na drzewie.