Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Do podwieczorku codziennie przygrywała nam dobra okrętowa orkiestra. Pod wieczór wspaniały amerykański bar był oblężony. Większa część pasażerów już zażywa chininę i obficie ją „whisky“ zakrapia.
Po wieczornym obiedzie tańce do późna w nocy, naturalnie o ile morze spokojne.

Kanał był dla nas łaskawy, ale znana ze swej złośliwości zatoka Biskajska dobrze dała nam się we znaki. Ocean niby „Spokojny“. Nie widać żadnej najmniejszej fali, ale nasz okręt beznadziejnie kładzie się na boki, ruchem niezmiernie powolnym i jakby od niechcenia, ale nad wyraz męczącym. Skutek też tego przykrego balansowania nie dał się długo oczekiwać. Ruch na okręcie zamarł, w sali jadalnej coraz mniej osób, co chwila liczni pasażerowie przyśpieszonym krokiem znikali w swoich kabinach, lub z jakiemś wielkiem zainteresowaniem pochyleni nad balustradą badali z uporem faunę oceanu. Trwało to jednak tylko dwa dni. Groźna zatoka ze swoją tak zwaną podwodną falą pozostaje za nami. Mamy rano dojechać do pięknej wyspy Madery. Niestety nie będzie wolno nam zejść na ląd, gdyż zabieramy tylko pocztę, świeże owoce i jarzyny.
Rano o świcie ruch na naszym Carnarvonie szalony. Krzyki, bieganina i dziwne uczucie, że stoimy na miejscu i to w cichej i spokojnej zatoce. Mimo wczesnej godziny wszyscy na nogach. Okręt zarzucił kotwicę o kilkaset metrów od portu. Setki małych łódek oblegają nasz statek. Wyglądają jak małe robaczki w ciągłym ruchu. Co chwila z górnych pokładów kreśląc łuk w powietrzu, spada srebrna moneta. Dziesiątki brunatnych ciał jak