Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Chciałeś znać Afrykę, poznaj ją i z tego punktu widzenia.“ W dobrym już humorze, racząc się zimnem piwem — Boże, jak smakowało!... — opowiadam swoje przeżycia i cierpienia. Dostaję reprymendę: „Dość długo jesteś już w Afryce, poznałeś murzynów i przed wyprawą wszystkiego dokładnie nie skontrolowałeś!? Człowiek biały sam wszystko do najdrobniejszego szczegółu musi zbadać i przypilnować. Murzyn to dziecko i to leniwe, które nawet dla własnej wygody nie wysili się na myśl o najistotniejszej swojej potrzebie. Biały, chcący po Czarnym Lądzie podróżować, jest wyłącznie sam za wszystko odpowiedzialny. Słusznie też, mój przyjacielu, doznałeś przez kilka godzin uczucia pragnienia, dobra to dla ciebie nauczka, na przyszłość sam wszystkiego dokładnie dopilnujesz i napewno też nie zapomnisz o kwestji życia i śmierci na tym kontynencie, to jest o błogosławionej, cudownej, nieodzownej, ,mezi‘.“
Po chwili wymyty i przebrany, wypoczywając na wygodnym fotelu, przyglądam się, jak murzyni pod sprężystem kierownictwem mego towarzysza sprawnie zwijają i pakują obóz. Ciężkie przedmioty już załadowano na sanie, które nocą wyruszają, by uniknąć upałów. Zostały tylko nasze namioty i rzeczy osobiste, które wczesnym rankiem zapakuje się na samochód. Czeka nas ciężka, całodzienna jazda, o ile wszystko dobrze i szczęśliwie pójdzie. Więc wcześnie kładziemy się spać.
Po tak uciążliwym dniu, widok przygotowanego łóżka powoduje pełen błogości uśmiech i po chwili wielka cisza całego obozu zwiastuje, że dobroczynny Morfeusz skrzydłem swem nas ogarnął.
Na drugi dzień o świcie ruch, krzyki i rozkazy. Wychodzę z mego namiotu ostatni. Namiot moich