Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


krzyczę: „Mezi, mezi“ (wody, wody) — widzę, jak murzyni niespokojnie się kręcą. Jeden na drugiego spogląda i jakoś nie kwapią się ze zbliżeniem. Zaniępokojony sam podchodzę w ich stronę. Murzyni coś bełkocą i tłumaczą. Zrozumiałem! Zmęczony upałem i długim marszem? spragniony, jak tylko można być w Afryce po dziesięciogodzinnym marszu w tropikalnem słońcu, wpadam w wściekłość. Do obozu mam dobrych pięć godzin marszu, a w tej okolicy wiem, że napewno niema zupełnie wody.
Natychmiast wracamy do obozu, przedzieramy się przez gęste zarośla, by jak najprędzej dotrzeć do wody. Po półgodzinnym marszu muszę już odpoczywać, język jak kołek przylepiony do podniebienia, słowa nie mogę przemówić. Z desperacją prę naprzód, pot leje się ciurkiem, upał dokucza jeszcze więcej, płaty czerwone zaczynają latać przed oczyma. Nigdy nie myślałem, że człowiek dosyć wytrenowany i odporny na trudy, marnych dziesięć godzin w tych warunkach nie może wytrzymać. Około 7-mej nareszcie, na pół żywy dochodzę do Jove. Widok znajomych mi wysokich drzew, które rosną dokoła naszego bagienka, dodaje mi sił. Kłusem przebiegam kilkaset metrów, wpadam w sitowia, brnę w mule i cały rzucam się w wodę i piję, piję bez końca. Na dobitek tego słyszę głośne śmiechy moich gospodarzy. O ile kilka minut temu byłem gotów zadusić każdego, ktoby mi stanął na drodze, teraz, opity do syta brudną i mętną wodą, z uczuciem rozkosznego zadowolenia, leżąc w błocie śmiechem wtóruję radości spektatorów. Wystawiam sobie, że pociesznie w tej pozie musiałem wyglądać. Blake mi krzyczy, że słusznie przez męki pragnienia przeszedłem.