Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


grafowanie nawet na stosunkowo bliski dystans zwierząt lub ptaków bez specjalnego aparatu ze szkłem przybliżającem mija się z celem, gdyż trudno każdemu, któremu pokazuje się zdjęcia z wyprawy, przynosić stale mikroskop i dopiero przy jego pomocy kazać podziwiać lwa lub inne zwierzęta, które normalnie na fotografji dochodzą do wielkości mrówki.

Pod wieczór, zmęczony i zły wracam do obozu. Dowiaduję się, że za dwa dni ouszczamy tę miejscowość, przenosząc się do starej Anguesi. Bardzo się z tego cieszę, gdyż teren tutaj nie bardzo mi przypadł do gustu. Zwierzyny stosunkowo mało, a teren trudny i niewdzięczny. Mniej też lwów, przez cały czas naszego pobytu dwa razy tylko słyszałem ich potężny ryk, a w Anguesi co noc mieliśmy ten cudowny koncert, więc w dzień spotkanie bardzo możliwe.
Na drugi dzień nie chcąc męczyć koni i tak już przemordowanych, postanawiam dzień cały przemaszerować. Mam zamiar dotrzeć do dalekiego lasu, którego jeszcze nie zbadałem. Podobno widywano tam czasem sable.
Dobrze przed świtem jestem na nogach i z czterema zaspanymi murzynami wychodzę z obozu. Po trzech godzinach marszu znajdujemy względnie świeże ślady kudu, idziemy długo z tropicielem bez skutku po śladach, reszta murzynów jak zwykle z kilometr za nami.
Po drugiej po południu nic nie widzę, czuję się bardzo zmęczony i tak spragniony, jak nigdy w życiu. W cieniu czekamy na resztę ludzi, którzy niosą śniadanie i worki z wodą. Niebawem ku mojej radości nadchodzą. Zdaleka już na nich