Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z moim pierwszym kudu, ale ciągłe mieć spotkanie z „rekordem“ też jest niemożliwe. W każdym razie jest to poważna, starsza sztuka. Czekam tak złożony już dobrą chwilę i ręce zaczynają mi opadać, aż tu widzę, a raczej przeczuwam, że jakiś zwierz zmierza właśnie w tę stronę. Poznaję to po lekkiem chwianiu się czubków ciernistych krzaków. Byle nie strzelić do łani, błysnęło mi przez głowę, a w tej małej luczce pomyłka może łatwo się zdarzyć. Szczęściem zwierz idzie wolno, będę więc mógł rozpoznać po kolorze skóry. Ogromne ciemne cielsko przesuwa się przez lukę, głowy nie widzę, gdyż ma wzniesioną i poza obrębem dojrzenia. Stwierdzam, że to byk. Strzelam i w ogniu zwierz się wali. Krzyczę z radości. Lecę na miejsce strzału i staję przerażony. Zamiast pięknego byka, którego przed chwilą widziałem, leży martwy młody kudu z podłemi rogami. Wielkie rozczarowanie — dobrze przynajmniej, że nie łania, ale trofeum myśliwskie żadne. Murzyni się cieszą, że młody i tłusty, a mnie szewska pasja ogarnia. To naprawdę pech! W stadzie widocznie były dwa byki, jeden silny, którego widziałem, jak przechodził, drugi mały, którego nie spostrzegłem, młody wyprzedził starego i pierwszy przez lukę przelazł. Tem bardziej jestem zły, że mam maximum otrzymanego odstrzału tej rzadkiej antylopy, bo aż cztery sztuki. Dwie mi jeszcze wolno zabić, ale na przyszłość dobrze patrzeć będę na rogi. Jak niepyszny wracam do obozu.
Na dużem drzewie spostrzegam stada sępów. Na tle niebieskiego nieba sylwetki tych dużych ptaków odbijają się imponująco. W gęstych krzakach podchodzę pod samo drzewo i robię szereg zdjęć. Doskonale wypadły, choć jakkolwiek foto-