Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mego byka w małem, ale bardzo gęstem zagajeniu. Co teraz robić? Gąszcz tak wielki, że ledwo z trudem można tam wejść. A ranny byk napewno się w środku znajduje. Proponuję murzynowi, by zwierza z tego gąszczu na mnie wypłoszył. Ale nie bardzo ma on ochotę spotkać się z największą antylopą na Czarnym Lądzie, która do tego jest ranną. Zaczyna się zabawna mimika: „jeden szyling“ — ruch przeczący kudłatym łbem, „dwa“... nic, „trzy“, „cztery“, przy piątym badawczo patrzy, przy „sześć“, wymówionem stanowczym głosem przy geście zdecydowanego zakończenia licytacji, czarny mój towarzysz obchodzi zagajnik z przeciwnej strony, wrzaskiem i piskiem starając się wypłoszyć rannego zwierza. Słyszę, jak się wolno i ostrożnie w tym gąszczu posuwa. Nagle ryczy „pofu pofu“ (tj. eland). Trzask łamanych krzaków i w pełnym galopie na pięć kroków ode mnie wypada ranny zwierz. Strzelam z przyrzutu jak do królika, lecz luneta zawadza przy tak bliskim dystansie, żadnego efektu, zwierz oddala się coraz bardziej, tym razem mierzę spokojnie, — strzał — eland literalnie staje na głowie i pada martwy. Słyszę za sobą warkot motoru, razem z moim przyjacielem zbliżamy się do leżącej sztuki. Wspaniały stary byk. Rogi grube, spiralnie skręcone, wzbudzają zachwyt nawet u Blake’a, który gratuluje mi takiego trofeum, sam przyznaje, że to jeden z największych elandów, jakie kiedykolwiek widział.
Niestety już ciemno zupełnie, o fotografji niema mowy, odcinamy rogi i ładujemy na wóz. Sam łeb z rogami taki ciężki, że ledwo podnieść go możemy. Podziwiam to kolosalne cielsko. Szyi obu rękoma objąć nie mogę, a musi ważyć z dobre