Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


canna z dobremi rogami. Krzyżyk lunety kieruję na komorę, ale tknięty jakiemś przeczuciem odejmuję broń od oka. Tuż za nią wolno postępuje młody eland, za nim jeszcze dwie młodsze sztuki. Całe towarzystwo spokojnie się pasie na trzysta kroków odemnie. Strzał daleki, o podejściu tej płochliwej antylopy na stepie mowy być nie może, muszę strzelać na ten duży dystans. Ku mojemu zdziwieniu wszystkie sztuki patrzą w stronę, z której przyszły. Coś tam musi być w tym lasku. Ryzykuję i czekam, mimo że stadko coraz dalej wolno się oddala, ciągle oglądając się poza siebie. Znikają mi prawie z oczu i zaczynam przeklinać swoją ciekawość, gdy nagle słyszę tętent i w ślad za stadem wypada z lasu w pięknych lansadach ogromny, stary byk i pędzi do łań. W jednej chwili, gdy dobrze mi bok pokazał, strzeliłem. Zadem zaznaczył. Puszczam za nim jeszcze trzy kule, ale widzę, że beznadziejnie pudłuję. Za chwilę byk przyłącza się do stada i ginie mi z oczu w dużym lesie. Lecę na trop, farby ani śladu, idę za tropem aż do lasu z dobre kilkaset metrów. Cóż do licha, wyraźnie widziałem, jak zaznaczył a farby nic niema. Chyba go już nie znajdę, bo ciemnawo zaczyna się robić. Mimo to posuwam się w lesie już za wyraźnym tropem. Szczęściem las dosyć rzadki. Ku mojej radości spostrzegam na dużej polanie mego elanda. Widać, że ranny, co chwila przystaje, znowu się zrywa do ciężkiego galopu, lecz wnet wpada w urywany kłus i dłuższy czas stojąc odpoczywa. Skradam się, kołując lasem, by go nie spłoszyć. Dogania mnie jeden z murzynów i razem idziemy. Po chwili na kilkanaście kroków spotykam spokojnie stojące stadko widzianych przedtem łań. Staram się ich nie płoszyć i odcinam