Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IX

Plany o tyle się zmieniają, że jadę samochodem z moim towarzyszem, a to ze względu na nocny lwi koncert; większa możliwość spotkania się z lwem, gdy się jedzie po stepie wozem. W ten sposób możemy zbadać większy teren i ewentualnie natknąć się na ciekawsze tropy.
Upał znowu się wściekł, piecze do bólu. Na niebie ani jednej chmurki, blask razi w oczy. Niestety nie mam ze sobą okularów, oczy mnie bolą od kurzu i promieni.
Jeździmy tak do południa, nic prócz dużego stada wildeabestów nie widząc. Gdzieś pod chmurami chmara sępów, kołujących nad lasem. Pewno jakiś zwierz tam dogorywa. Z chwilą jego śmierci rzucą się na żer i po kilku godzinach tylko białe kości wskażą, że przed chwilą istniało tu życie.
Odpoczywamy pod lasem. Blake zakłada sidła na przepiórki, ja idę w step w stronę małego lasku cudownie kwitnących drzew mimozy. Oddaliłem się o kilkaset kroków od wozu, gdy przez rzadkie kępki mimozy coś brunatnego mi mignęło. Ostrożnie posuwam się w tę stronę i zakryty gęstym cierniem przez szkła wypatruję ciemnej plamy, którą przez ułamek sekundy spostrzegłem. Nie długo czekałem. Z poza lasu majestatycznie wychodzi na step duża łania elanda Boselaphus