Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nego gatunku drzewa wyrabianym, i rankiem do worka zbiera ptaszki z gałęzi jak gruszki. Po twoim odjeździe — kończy mój przyjaciel — mam zamiar żywcem schwytać dużego lwa. Mam już obmyślony plan łapki, obok niej zbuduję po schwytaniu króla zwierząt duże zagrodzenie i chcę zrobić dłuższy film, na którym uchwycę mego więźnia w najróżniejszych pozach i czynnościach. Po nakręceniu filmu wypuszczę go na wolność, by swoim towarzyszom mógł opowiadać, jak mu było w niewoli u białego człowieka — —
Słuchając tych tak ciekawych historyj, czas mi prędko zeszedł i anim się spostrzegł, jak dojechaliśmy do obozu. Około trzeciej stado elandów najspokojniej przyszło do naszego jeziorka i piło wodę. Pani Blake zrobiła szereg zdjęć z tych największych antylop afrykańskich. Oddalone były od niej nie dalej, jak na 50 kroków. Nie mając jeszcze tej antylopy, postanawiam jutro dzień cały jej poświęcić.
Lwy znowu całą noc ryczą. Jeden z nich jest na kilkaset metrów. Musi to być poważny starszy pan, bo ryk jego brzmi grubym basem, często przerywany i nader silny. Czasami podchodzi tak blisko, że słyszę poprzez namiot niespokojny ruch między końmi i osłami. Lecz noc minęła spokojnie i o wschodzie słońca jestem gotów do drogi.