Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mu smakowało, tak samo różne owoce, które zjadał w ogromnej ilości, dobrze mu służyły. Oswoił się prędko, już po dwóch tygodniach śmiało mogłem do jego zagrody wchodzić. Z pasją obszukiwał moje kieszenie, dobrze wiedząc, że rezerwuję zawsze na pożegnanie jakiś dobry smakołyk. Słoniątko to przez dwa lata żyło w Katimie, gdzie moja żona specjalną otaczała je opieką. Za doznaną miłość wywdzięczał się wprost ludzkiem przywiązaniem. Nieraz żona moja odbywała długie spacery, mając przy sobie idącego jak psa za nią naszego słonia. Wielka też była rozpacz całej Katimy przed dwoma laty. Pewnego dnia nasz Bebe (tak nazywaliśmy nasze słoniątko), wyprawiając w przystępie dobrego humoru niesamowite skoki w swym kraalu, fatalnie się poślizgnął i poprostu rozdarł się na dwoje. Obie tylne nogi wyszły ze stawów. Biedak tyłem leżał przypłaszczony do ziemi, przedniemi starał się powstać. Nie miałem odwagi sam naszego przyjaciela dobić. Smutnej tej czynności dokonał murzyn ogrodnik, jedyny, który umiał się z bronią obchodzić. Tak byliśmy przywiązani do tego zwierzęcia i tak śmierć jego nas dotknęła, że od tego czasu nigdy nie starałem się dzikich zwierząt oswajać. Daję im tak samo w Katimie jak i w Kapsztadzie złudzenie wolności i wygody, ale właściwie żyją w stanie zupełnie dzikim.
Mam też u siebie prawie wszystkie ptaki, żyjące w tej okolicy. Służy u mnie murzyn, który jest specjalistą w ich łapaniu. Wypatruje on przed nocą, na której gałęzi dany ptak na noc zasiada. Prawie na pewno na drugi dzień ten sam ptak na to samo miejsce znowu przyleci. Smaruje gałęź niezmiernie silnym klejem, przez murzynów z pew-