Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i nie tracąc czasu rzucałem się na żyrafę, starając się ją za szyję rękoma chwycić i przez to samo wywrócić.
Jak można sądzić, była to wyższa akrobacja, to też nieraz na łeb i szyję wywalałem się do góry nogami, a żyrafiątko bezpiecznie uciekało w step. Ale po kilku nieudałych próbach udało mi się wreszcie w ten sposób żyrafę schwycić i cało przyprowadzić do Katimy.
Pewnego razu po bardzo długiem forsowaniu mała żyrafa tak była zmęczona, że stanęła i krokiem dalej ruszyć się nie mogła. Z łatwością mogłem lasso zarzucić, ale matka ciągle tuż przy samochodzie czynność tę udaremniała. W pewnej chwili stara żyrafa, widząc, że swego małego nie uchroni, stanęła dęba i przedniemi nogami mnie zaszarżowała. Była to sekunda, w której życie wisiało na włosku. W ostatniej chwili rzuciłem się z wozu na ziemię i ostre racice z szalonym trzaskiem spadły na wóz, jedna przedziurawiła blaszane okrycie motoru, druga trzasnęła z wielką mocą akurat tam, gdzie przed chwilą siedziałem.Gdyby nie mój raptowny skok na ziemię, miałbym rozpłataną głowę i podruzgotane kości. (Ślady racic sam na naszym poczciwym Berliecie widziałem, gdyż z pietyzmem były zawsze zachowywane przez mego towarzysza jako nader ciekawe „corpus delicti“.)
Żyraf złapałem pięć sztuk, wszystkie z samochodu. Bardzo prędko się oswajały i po kilku tygodniach jadły już z ręki.
Najmniej miałem kłopotu z lwami. Często bowiem zabijałem lwicę, która miała młode w trawach ukryte, choć czasem dzielnie się broniły, gryzły i drapały zaciekle.